Gdzie jest Glugluter ? ;-)

Zawsze, kiedy ją sobie przypomnę muszę się roześmiać, nawet gdybym czekała w kolejce u dentysty. To jedna z najzabawniejszych anegdot jakie znam i grzechem byłoby nie podzielić się tą historią ze światem. Zwłaszcza, że sprawę opisano dawno temu, w jednym z numerów „Morza” – czasopisma, które już niestety od lat nie jest wydawane. Niesamowita sprawa Gluglutera miała miejsce bodajże w latach 60 lub 70, a więc w zamierzchłej epoce przed komputerowej. Mianowicie, na jednym ze statków zarządzono inwentaryzację środków trwałych (dla niewtajemniczonych jest to urzędowe wkurzanie uczciwych ludzi polegające na sprawdzaniu liczby przedmiotów, które posiada na stanie dana instytucja. Właściciel statku co jakiś czas sprawdza czy np. kapitan nie sprzedał kompasu na czarnym rynku w Ohio). Wysłano więc na statek inspektora, który od razu poprosił o spis inwentarza. Uwagę urzędnika przykuło coś o bardzo tajemniczo brzmiącej nazwie: „glugluter”. Człowiek jak wiadomo z natury jest ciekawy, a inspektor dodatkowo był bardzo skrupulatny więc poprosił kapitana, żeby ten kazał przynieść tego „gluglutera”. Niezmiernie zdziwiony i zakłopotany, kapitan posłał po bosmana:
Kapitan: Co to jest do cholery ten glugluter?!
Bosman: Nie wiem panie kapitanie, ale może cieśla wie. (cieśla na statku to osoba odpowiedzialna za utrzymanie wszystkiego w jak najlepszym stanie)
Kapitan: No to czekam na tego gluglutera
Bosman poszedł do cieśli i kazał mu poszukać gluglutera. Cieśla też się zdziwił jak wcześniej kapitan i bosman, ale pomyślał chwilę, wziął kawałek deski, wywiercił w niej kilka otworów, przyczepił do deski linę i poszedł z tym do mesy kapitana.
– Mam gluglutera, panie kapitanie – oznajmił triumfalnie.
Do czego to służy??? – Pierwszy po Bogu, inspektor i bosman wybałuszyli oczy ze zdziwienia
Cieślę lekko zamurowało, ale po chwili zastanowienia stwierdził, że trzeba iść na pokład, żeby zademonstrować zasadę działania tego urządzenia. Kiedy panowie stanęli przy burcie cieśla z rozmachem wyrzucił deskę do morza i wtedy woda przedostając się przez otwory zaczęła bulgotać.
– No… gluglutuje – wyjaśnił cieśla.
W tym miejscu opuszczę zasłonę milczenia.
Na drugi dzień zagadka się wyjaśniła. Steward, który sprzątał mesę kapitana, w ferworze walki o czystość i porządek zrzucił księgę inwentarzową ze stolika. A że słyszał o aferze gługlutera, zajrzał z ciekawości do inwentarza, ale szukał tego gluglutera szukał i… wtedy do mesy wszedł kapitan.
– Przepraszam panie kapitanie, spadła na podłogę, no i… – tłumaczył się zmieszany steward
– Nie szkodzi. Ten glugluter spędza mi sen z powiek. Co za idiotyczna sprawa- – mruczał poirytowany pierwszy po Bogu
– Tak? A można wiedzieć która to pozycja w spisie? – zapytał steward. Kapitan zajrzał do dokumentu, znalazł pozycję i pokazał stewardowi. Ten bacznie przyjrzał się literkom i zawołał:
– Ależ panie kapitanie. Tu jest napisane „akumulator”!

A morał z tego taki, że jak już coś się pisze odręcznie w księgach urzędowych należy pisać to wyraźnie 😊