Bunt igły

Książki

Ian Kelly „Vivienne Westwood” (tłumaczenie Anna Rojkowska ; seria „Projektanci” ; Wydawnictwo „Bukowy Las”)

Biografia Vivienne Westwood przypomina wywiad-rzekę. Zarówno autor jak i Vivienne mają  talent do opowiadania.  Autor jest jak lustro dla swojej bohaterki, a ona jest szczera i  bardzo  sympatyczna jak na osobę tak sławną i bogatą. I jest niewątpliwie piekielnie bystra.

Vivienne Westwood stała się ikoną mody punk. Nic dziwnego, to ona stworzyła ten styl.  Rozpoczęła erę ubraniowego, szalonego eklektyzmu – agrafka, kontrowersyjny nadruk i  brak  rękawa. Cała Vivienne. Bezkompromisowa, pełna zwariowanych pomysłów i bardzo wrażliwa  na społeczne niesprawiedliwości i polityczne łajdactwa. Wymarzony wzór dla anarchistów.

Moje ulubione cytaty:

Ian Kelly pisze o swojej bohaterce:

„Trudno chyba o więcej konsekwencji w życiu niż u Westwood pomimo zaskakujących przejść od agrafkowego punkowego  buntowniczego sytuacjonizmu do projektowania najbardziej esencjonalnego haute-couture inspirowanego historycznymi wykrojami rzemiosła krawieckiego XVIII. Bunt i elityzm. (…) Powitana w świecie wielkiej mody z  niechęcią, budząca niesmak pomysłami typu „Piss Marylin” nadrukami na koszulkach sprzedawanych w jej pierwszym butiku, a czczona obecnie jako bogini i wyrocznia współczesnej mody. Droga wyboista, pełna problemów i napięć, ale zawsze w służbie wielkiej Idei połączenia buntu i tradycji (…).

„Jest cała ikonografia opowiadania. Jest narracja: kobieta i jej kolejne pomysły. Kiedy kupuje się rzeczy Westwood, kupuje się coś, co stanowi część opowieści. Coś anty albo pre ; jak powiedziano mi na Elcho Street: coś niosącego ślad jej wiedzy i jej historii, lektur i wizyt w galeriach, jej walk z establishmentem lub Malcolmem – jednym słowem coś co ma w sobie tkankę ludzką. Vivienne Westwood trwa w modzie dłużej niż ktokolwiek od czasów Coco Chanel. „

Autor zdjęcia: Lena Tytuł: Kompozycja na tapetę smartfona, ale nie działa ponieważ obcas dziurawił ikonki 😉

„ Każdy, kto przeglądał wycinki prasowe na jej temat, wie, że pytana  o modę czy jakiekolwiek sprawy związane z punkiem najprawdopodobniej opowie o informatorze Bradleyu Manningu czy klęsce klimatycznej, ponieważ świat Vivienne to nieustanne „teraz”, co jest typowe dla artystów. Moda, jak kiedyś się wyraziła, przypomina  „nostalgię za przyszłością” – patrzenie do tyłu , by czuć najbardziej chwilę obecną. „Usiłuję przywrócić procesowi technicznemu inteligencję i ludzkość”, powiedziała kiedyś o swoich wzorach, a kobiety i mężczyźni odpowiedzieli na to – na krój i dotyk jej kreacji, jak również na Wielkie Idee, które przekazuje szeptem lub krzykiem.”

Słownik 100 tysięcy (nie) potrzebnych słów czyli zadziwiające kalki językowe

Kiedy komputery stały się „pecetami” i rozpowszechniły na tyle, aby czytający ten tekst wiedział co  oznacza  akronim „pecet”, Czesi próbowali rozprawić się z angielską nazwą „komputer” i zastąpić ją czymś takim jak np. „maszyna licząca”. Nie udało się, chociaż (nie tylko w języku czeskim) można założyć arbitralnie, że „komputer” to „maszyna licząca” i zostać największym ortodoksem w tym temacie. Jest to jednak określenie o zbyt wąskim zakresie dla komputera i pewnie dlatego nie wyszło. Z  drugiej strony archaiczne liczydła to także w pewnym sensie „maszyna licząca”- wymagają tylko więcej wyobraźni od  użytkownika. Jak wiadomo, każdy język ewoluuje i ma w swoim słowniku wiele obcych wyrazów, a  nawet związków frazeologicznych, które od wieków, systematycznie przenikały do  danego systemu językowego wzbogacając sposób myślenia i rozumienia świata jego użytkowników. I nikt rozsądny nie rozdziera szat z  tego powodu. Jest to naturalny proces. W wielu przypadkach zastępowanie „obcego” czymś „swoim” albo, o zgrozo, rugowanie nowego pojęcia z danego języka byłoby niecelowe i  niepraktyczne. I  to  jest  jasne.

Ale w kategorii różnego rodzaju „obcych” są też „obcy” irytujący ponieważ nie wzbogacają rodzimego języka, raczej go zubożają i wulgaryzują. Dla mnie takim wyrazem jest „celebryta”, słowo,  które zrobiło w  ostatnich latach w języku polskim zawrotną karierę. Nie będę roztrząsać tutaj kwestii „celebrytyzmu” pod kątem socjologicznym. Natomiast dość fascynujące jest, na swój sposób, poszukiwanie sensu samego  określenia „celebryta”. Bo konotacje językowe tego słowa są nader interesujące. W tym miejscu  przywołam leksykalne znaczenia pojęć związanych ze słowem „celebryta” z dwóch słowników:

„Słownik 100tysięcy potrzebnych słów” pod redakcją profesora Jerzego Bralczyka z definicją:

„celebra – 1. Uroczyste odprawianie nabożeństwa, obrzędu, też: nabożeństwo odprawiane bardzo uroczyście 2. pot. zob. celebracja.

Celebracja – 1. Wykonywanie czegoś w sposób uroczysty , ze szczególną powagą 2. Zachowanie nacechowane teatralnością i przesadną powagą. celebracyjny

Celebrować – 1. Obchodzić uroczyście jakieś ważne wydarzenie; też: robić coś z namaszczeniem i  przesadną powagą 2. Odprawiać nabożeństwo w sposób szczególnie uroczysty. Celebrans, celebrant

Jan Stanisławski „Wielki Słownik Angielsko-Polski” z definicją:

„celebrant – (kość.) –celebrant

Celebrate –  1. celebrować, odprawiać (nabożeństwo itp.) (o ślubie, nabożeństwie itp.) to be celebrated: odbywać się 2. obchodzić  (świętować) ; uczcić (rocznicę itp.) ; urządzić (uroczystość, obchód) 3. sławić ; wysławiać zob. celebrated

Celebrated – zob. celebrate adj. sławny ; głośny ; słynny

Celebration – 1. celebrowanie odprawianie (nabożeństwa)  2. obchód (święta itp.) 3.  Uczczenie  (rocznicy  itp.) uroczystość 4. wysławianie

celebrity –  „sława” ; „znakomita osobowość” „

Zdaję sobie sprawę, że zajmowanie się definicjami tego samego pojęcia ze słowników o innych funkcjach i  różnym charakterze przypomina  porównywanie śledzia pływającego w Bałtyku z martwym śledziem w  śmietanie na półmisku. Pomimo wszystko to zrobię, chociaż jest to wbrew sztuce językoznawczej (tak  mi się wydaje). Zastanawia mnie bowiem brak w słowniku profesora Bralczyka rzeczownika „celebryta”. Zresztą nie doszukałam się też takiego rzeczownika w drugiej  z ww. publikacji. W słowniku języka angielskiego są przymiotniki, których nie ma w słowniku polskiego językoznawcy. Profesor Bralczyk nie rozszerza swojej definicji o przymiotniki: „sławny ; głośny ; słynny”. Owszem jest jakiś samotny przymiotnik „celebracyjny”, ale chyba nie chodzi o sławę.  Natomiast  tłumacz języka angielskiego wyjaśnia przymiotnik „celebreted” jako sławny, głośny, a  „celebrity” jako „sławę” i „znakomitą osobistość”. Można  więc  przyjąć, że w języku angielskim istnieje jakieś nieco mgliste pojęcie „zdarzenia lub osoby celebrowanej”. Natomiast w języku polskim nie, a rzeczownik „celebra” to rodzaj określonych  i  złożonych czynności rytualnych o charakterze religijnym, albo określenie pewnego rodzaju przesady nacechowane ironią. W języku polskim o osobie sławnej, popularnej, ważnej mówimy: „osobistość”, „znakomitość”. W  takim razie skąd się wziął u nas ten dziwaczny, językowy imigrant – „celebryta”? Jako  osoba o zacięciu detektywistycznym śmiem twierdzić, że niektórzy dziennikarze zajmujący się w praktyce popularyzowaniem „osobistości” czy raczej „ikon i produktów masowej wyobraźni” poszli dalej niż Anglosasi  i  zniekształcając angielskie „celebrated” i „celebrity wpuścili do obiegu wyraz „celebryta”, który zresztą brzmi w  naszym języku podobnie jak „kosmita”.  W każdym razie stworzyć nowe słowo na  bazie dość niejasnego dla  większości określenia  z obcego języka to jednak pewna sztuka.

Zgodnie z definicją profesora Bralczyka „celebracja” to także „zachowanie nacechowane teatralnością i  przesadną powagą”. Można tak określić sposób istnienia w życiu publicznym niektórych  „celebrytów-kosmitów”, a także licznej rzeszy ich „wyznawców”. Przykładem tego typu  zachowania jest powiedzmy taki Justin Biber i jego fanki. Swoją drogą, co on śpiewa to nie wiem, ale  wiem, że ktoś taki jest i  śpiewa, co już jest wielkim sukcesem speców od propagandy kultury popularnej.

Nie moja rzecz bawić się w amatora językoznawcę, bo nie chcę uchodzić za dyletanta, ale własne zdanie na temat słowa „celebryta” mam i uważam, że w języku polskim przypomina ono insekta, który kaleczy rodzimą mowę  i  fałszuje trochę naszą rzeczywistość językową. Wygląda na to, że jest to kolejna niechlujna kalka z  języka angielskiego, trochę śmieszna i trochę straszna. Dlatego też znęcam się nad tym  słowem z pewną nieśmiałą przyjemnością.

Mam wrażenie, że określenie „celebryta” w  języku polskim stosuje się przede wszystkim zastępczo wobec tzw. „osobowości telewizyjnej” albo osoby „znanej z tego, że jest znana”. Najwyraźniej wypada „rozsławiać” z zadęciem właściwym dla show-biznesu „niedzielnych aktorów” oper mydlanych,  prezenterów programów typu „Randka na strychu”, „Niech mi pani posprząta” albo „Kulinarne klimakterium” czy też pań i panów zwanych uroczo „pogodynkami”. Ale z drugiej strony jakoś tak nie wypada nazywać ich „artystami”, „aktorami”,” itp. Zapomniano też o słowie „spiker”. Na marginesie, najbardziej ze wszystkich wymienionych powyżej „osobowości telewizyjnych” lubię „pogodynki” i  nawet trochę współczuję dzisiejszym następcom pani „Chmurki” i pana „Wicherka”, bo mam wrażenie, że  narzucono im obowiązek przekazywania „nudnego” komunikatu o pogodzie w sposób „atrakcyjny”.  Czekam na moment kiedy pani Pogodynka będzie musiała pokazać widzom swoją bieliznę, a  pan Pogodynka zrobi fikołka przed kamerą bo informacje o deszczu i wzroście temperatury są tak nudne, że  po  prostu widz nie usiedzi. Nie usiedzi, bo jest amebą bez jednej szarej komórki i nie potrafi skupić przez chwilę uwagi na prostym komunikacie. A taki biedny, pojedynczy widz chce po prostu wiedzieć czy  ma wziąć parasolkę jadąc w odwiedziny do rodziny w Mszanie Dolnej. Śmieszą mnie czasem te  wszystkie sposoby „siłowego” uatrakcyjniania treści wizualnych. Ale według guru propagandy telewizji powszechnej widz-ameba powinien mieć informacje podawane w sposób „atrakcyjny”. Czemu ?  Bo  inaczej nie zapamięta ? Doprawdy przesadna mnemotechnika i dbałość o  samopoczucie widza. Przypuszczalnie ma to związek z „oglądalnością” czyli  kolejnym zadziwiającym tworem językowym.  Ale  to  już osobna kwestia.

Wracając do tematu, nawet profesor Bralczyk – jeden z najbardziej przyjaznych „nowym określeniom” autorytetów językoznawstwa w Polsce, wzgardził „celebrytą”- tym słowem-potworkiem, które straszy małe dzieci oraz intryguje pewne niespokojne jednostki. I proszę nie rzucać we mnie pomidorami za ten „ambitny wykład”. Wkrótce władza będzie ściśle definiować kto może być artystą, a kto nie więc ja chcę jej trochę pomóc i zajęłam się niezwykle szeroką definicją słowa „celebryta”.  Może będzie nowela do  ustawy o artystach na temat celebrytów. Kto wie jakie dylematy czekają obecną władzę  – „artysta” to ten z  talentem, a „celebryta” to ten na tle ścianki ? Gorzej jeśli  jakiś dobry aktor stanie na tle ścianki.  Nie jest to bowiem odosobnione zjawisko. W Hollywood to wręcz nagminne. A władza teraz bardzo uważnie patrzy przez Atlantyk.