Gdzie jest Glugluter ? ;-)

Zawsze kiedy ją sobie przypomnę muszę się roześmiać, nawet gdybym czekała w kolejce u dentysty. To jedna z najzabawniejszych anegdot jakie znam i grzechem byłoby nie podzielić się tą historią ze światem. Zwłaszcza, że sprawę opisano dawno temu , w jednym z numerów „Morza” – czasopisma, które już niestety od lat nie jest wydawane. Niesamowita sprawa Gluglutera miała miejsce bodajże w latach 60 lub 70, a więc w zamierzchłej epoce przed komputerowej. Mianowicie, na jednym ze statków zarządzono inwentaryzację środków trwałych (dla niewtajemniczonych jest to urzędowe wkurzanie uczciwych ludzi polegające na sprawdzaniu liczby przedmiotów , które posiada na stanie dana instytucja. Właściciel statku co jakiś czas sprawdza czy np. kapitan nie sprzedał kompasu na czarnym rynku w Ohio). Wysłano więc na statek inspektora, który od razu poprosił o spis inwentarza. Uwagę urzędnika przykuło coś o bardzo tajemniczo brzmiącej nazwie: „glugluter” . Człowiek jak wiadomo z natury jest ciekawy, a inspektor dodatkowo był bardzo skrupulatny więc poprosił kapitana, żeby ten kazał przynieść tego „gluglutera”. Niezmiernie zdziwiony i zakłopotany, kapitan posłał po bosmana:
Kapitan: Co to jest do cholery ten glugluter ?!
Bosman: Nie wiem panie kapitanie, ale może cieśla wie. (cieśla na statku to osoba odpowiedzialna za utrzymanie wszystkiego w jak najlepszym stanie)
Kapitan: No to czekam na tego gluglutera
Bosman poszedł do cieśli i kazał mu poszukać gluglutera. Cieśla też się zdziwił jak wcześniej kapitan i bosman, ale pomyślał chwilę, wziął kawałek deski, wywiercił w niej kilka otworów, przyczepił do deski linę i poszedł z tym do mesy kapitana.
– Mam gluglutera, panie kapitanie – oznajmił triumfalnie.
Do czego to służy??? – Pierwszy po Bogu, inspektor i bosman wybałuszyli oczy ze zdziwienia
Cieślę lekko zamurowało, ale po chwili zastanowienia stwierdził, że trzeba iść na pokład, żeby zademonstrować zasadę działania tego urządzenia. Kiedy panowie stanęli przy burcie cieśla z rozmachem  wyrzucił deskę do morza  i wtedy woda przedostając się przez otwory zaczęła bulgotać.
– No…….gluglutuje – wyjaśnił cieśla.
W tym miejscu opuszczę zasłonę milczenia.
Na drugi dzień zagadka się wyjaśniła. Steward, który sprzątał mesę kapitana, w ferworze walki o czystość i porządek zrzucił księgę inwentarzową ze stolika. A że słyszał o aferze gługlutera, zajrzał z ciekawości do inwentarza, ale szukał tego gluglutera, szukał i …wtedy do mesy wszedł kapitan.
– Przepraszam panie kapitanie, spadła na podłogę, no i… – tłumaczył się zmieszany steward
– Nie szkodzi. Ten glugluter spędza mi sen z powiek . Co za idiotyczna sprawa- – mruczał poirytowany pierwszy po Bogu
– Tak ? A można wiedzieć która to pozycja w spisie ? – zapytał steward. Kapitan zajrzał do dokumentu, znalazł pozycję i pokazał stewardowi. Ten bacznie przyjrzał się literkom i zawołał:
– Ależ panie kapitanie. Tu jest napisane „akumulator”!

A morał z tego taki, że jak już coś się pisze odręcznie w księgach urzędowych należy pisać to wyraźnie 😊

 

 

 

 

„Bez tytułu” za to pod wrażeniem

Wojciech Wyszkowski „Bez tytułu”

Do tej pory sądziłam, że mój kolega, który zgodził się na udostępnienie na tym blogu swojej pracy,  od czasu do czasu kopiuje sobie po prostu dzieła mistrzów, a tu proszę… świetny obraz z gatunku abstrakcji lirycznej autorstwa samego Wojtka. Patrzę na ten obraz z prawdziwą przyjemnością.

Jestem miłośniczką malarstwa słynnej Jaremianki, a ten obraz odrobinę przywodzi na myśl, jedną z jej monotypii. Oczywiście nie jest to jedyny powód dla którego ta praca bardzo mi się podoba. I nie tylko mnie.

Bunt igły

Książki

Ian Kelly „Vivienne Westwood” (tłumaczenie Anna Rojkowska ; seria „Projektanci” ; Wydawnictwo „Bukowy Las”)

Biografia Vivienne Westwood przypomina wywiad-rzekę. Zarówno autor jak i Vivienne mają  talent do opowiadania.  Autor jest jak lustro dla swojej bohaterki, a ona jest szczera i  bardzo  sympatyczna jak na osobę tak sławną i bogatą. I jest niewątpliwie piekielnie bystra.

Vivienne Westwood stała się ikoną mody punk. Nic dziwnego, to ona stworzyła ten styl.  Rozpoczęła erę ubraniowego, szalonego eklektyzmu – agrafka, kontrowersyjny nadruk i  brak  rękawa. Cała Vivienne. Bezkompromisowa, pełna zwariowanych pomysłów i bardzo wrażliwa  na społeczne niesprawiedliwości i polityczne łajdactwa. Wymarzony wzór dla anarchistów.

Moje ulubione cytaty:

Ian Kelly pisze o swojej bohaterce:

„Trudno chyba o więcej konsekwencji w życiu niż u Westwood pomimo zaskakujących przejść od agrafkowego punkowego  buntowniczego sytuacjonizmu do projektowania najbardziej esencjonalnego haute-couture inspirowanego historycznymi wykrojami rzemiosła krawieckiego XVIII. Bunt i elityzm. (…) Powitana w świecie wielkiej mody z  niechęcią, budząca niesmak pomysłami typu „Piss Marylin” nadrukami na koszulkach sprzedawanych w jej pierwszym butiku, a czczona obecnie jako bogini i wyrocznia współczesnej mody. Droga wyboista, pełna problemów i napięć, ale zawsze w służbie wielkiej Idei połączenia buntu i tradycji (…).

„Jest cała ikonografia opowiadania. Jest narracja: kobieta i jej kolejne pomysły. Kiedy kupuje się rzeczy Westwood, kupuje się coś, co stanowi część opowieści. Coś anty albo pre ; jak powiedziano mi na Elcho Street: coś niosącego ślad jej wiedzy i jej historii, lektur i wizyt w galeriach, jej walk z establishmentem lub Malcolmem – jednym słowem coś co ma w sobie tkankę ludzką. Vivienne Westwood trwa w modzie dłużej niż ktokolwiek od czasów Coco Chanel. „

Autor zdjęcia: Lena Tytuł: Kompozycja na tapetę smartfona, ale nie działa ponieważ obcas dziurawił ikonki 😉

„ Każdy, kto przeglądał wycinki prasowe na jej temat, wie, że pytana  o modę czy jakiekolwiek sprawy związane z punkiem najprawdopodobniej opowie o informatorze Bradleyu Manningu czy klęsce klimatycznej, ponieważ świat Vivienne to nieustanne „teraz”, co jest typowe dla artystów. Moda, jak kiedyś się wyraziła, przypomina  „nostalgię za przyszłością” – patrzenie do tyłu , by czuć najbardziej chwilę obecną. „Usiłuję przywrócić procesowi technicznemu inteligencję i ludzkość”, powiedziała kiedyś o swoich wzorach, a kobiety i mężczyźni odpowiedzieli na to – na krój i dotyk jej kreacji, jak również na Wielkie Idee, które przekazuje szeptem lub krzykiem.”

Słownik 100 tysięcy (nie) potrzebnych słów czyli zadziwiające kalki językowe

Kiedy komputery stały się „pecetami” i rozpowszechniły na tyle, aby czytający ten tekst wiedział co  oznacza  akronim „pecet”, Czesi próbowali rozprawić się z angielską nazwą „komputer” i zastąpić ją czymś takim jak np. „maszyna licząca”. Nie udało się, chociaż (nie tylko w języku czeskim) można założyć arbitralnie, że „komputer” to „maszyna licząca” i zostać największym ortodoksem w tym temacie. Jest to jednak określenie o zbyt wąskim zakresie dla komputera i pewnie dlatego nie wyszło. Z  drugiej strony archaiczne liczydła to także w pewnym sensie „maszyna licząca”- wymagają tylko więcej wyobraźni od  użytkownika. Jak wiadomo, każdy język ewoluuje i ma w swoim słowniku wiele obcych wyrazów, a  nawet związków frazeologicznych, które od wieków, systematycznie przenikały do  danego systemu językowego wzbogacając sposób myślenia i rozumienia świata jego użytkowników. I nikt rozsądny nie rozdziera szat z  tego powodu. Jest to naturalny proces. W wielu przypadkach zastępowanie „obcego” czymś „swoim” albo, o zgrozo, rugowanie nowego pojęcia z danego języka byłoby niecelowe i  niepraktyczne. I  to  jest  jasne.

Ale w kategorii różnego rodzaju „obcych” są też „obcy” irytujący ponieważ nie wzbogacają rodzimego języka, raczej go zubożają i wulgaryzują. Dla mnie takim wyrazem jest „celebryta”, słowo,  które zrobiło w  ostatnich latach w języku polskim zawrotną karierę. Nie będę roztrząsać tutaj kwestii „celebrytyzmu” pod kątem socjologicznym. Natomiast dość fascynujące jest, na swój sposób, poszukiwanie sensu samego  określenia „celebryta”. Bo konotacje językowe tego słowa są nader interesujące. W tym miejscu  przywołam leksykalne znaczenia pojęć związanych ze słowem „celebryta” z dwóch słowników:

„Słownik 100tysięcy potrzebnych słów” pod redakcją profesora Jerzego Bralczyka z definicją:

„celebra – 1. Uroczyste odprawianie nabożeństwa, obrzędu, też: nabożeństwo odprawiane bardzo uroczyście 2. pot. zob. celebracja.

Celebracja – 1. Wykonywanie czegoś w sposób uroczysty , ze szczególną powagą 2. Zachowanie nacechowane teatralnością i przesadną powagą. celebracyjny

Celebrować – 1. Obchodzić uroczyście jakieś ważne wydarzenie; też: robić coś z namaszczeniem i  przesadną powagą 2. Odprawiać nabożeństwo w sposób szczególnie uroczysty. Celebrans, celebrant

Jan Stanisławski „Wielki Słownik Angielsko-Polski” z definicją:

„celebrant – (kość.) –celebrant

Celebrate –  1. celebrować, odprawiać (nabożeństwo itp.) (o ślubie, nabożeństwie itp.) to be celebrated: odbywać się 2. obchodzić  (świętować) ; uczcić (rocznicę itp.) ; urządzić (uroczystość, obchód) 3. sławić ; wysławiać zob. celebrated

Celebrated – zob. celebrate adj. sławny ; głośny ; słynny

Celebration – 1. celebrowanie odprawianie (nabożeństwa)  2. obchód (święta itp.) 3.  Uczczenie  (rocznicy  itp.) uroczystość 4. wysławianie

celebrity –  „sława” ; „znakomita osobowość” „

Zdaję sobie sprawę, że zajmowanie się definicjami tego samego pojęcia ze słowników o innych funkcjach i  różnym charakterze przypomina  porównywanie śledzia pływającego w Bałtyku z martwym śledziem w  śmietanie na półmisku. Pomimo wszystko to zrobię, chociaż jest to wbrew sztuce językoznawczej (tak  mi się wydaje). Zastanawia mnie bowiem brak w słowniku profesora Bralczyka rzeczownika „celebryta”. Zresztą nie doszukałam się też takiego rzeczownika w drugiej  z ww. publikacji. W słowniku języka angielskiego są przymiotniki, których nie ma w słowniku polskiego językoznawcy. Profesor Bralczyk nie rozszerza swojej definicji o przymiotniki: „sławny ; głośny ; słynny”. Owszem jest jakiś samotny przymiotnik „celebracyjny”, ale chyba nie chodzi o sławę.  Natomiast  tłumacz języka angielskiego wyjaśnia przymiotnik „celebreted” jako sławny, głośny, a  „celebrity” jako „sławę” i „znakomitą osobistość”. Można  więc  przyjąć, że w języku angielskim istnieje jakieś nieco mgliste pojęcie „zdarzenia lub osoby celebrowanej”. Natomiast w języku polskim nie, a rzeczownik „celebra” to rodzaj określonych  i  złożonych czynności rytualnych o charakterze religijnym, albo określenie pewnego rodzaju przesady nacechowane ironią. W języku polskim o osobie sławnej, popularnej, ważnej mówimy: „osobistość”, „znakomitość”. W  takim razie skąd się wziął u nas ten dziwaczny, językowy imigrant – „celebryta”? Jako  osoba o zacięciu detektywistycznym śmiem twierdzić, że niektórzy dziennikarze zajmujący się w praktyce popularyzowaniem „osobistości” czy raczej „ikon i produktów masowej wyobraźni” poszli dalej niż Anglosasi  i  zniekształcając angielskie „celebrated” i „celebrity wpuścili do obiegu wyraz „celebryta”, który zresztą brzmi w  naszym języku podobnie jak „kosmita”.  W każdym razie stworzyć nowe słowo na  bazie dość niejasnego dla  większości określenia  z obcego języka to jednak pewna sztuka.

Zgodnie z definicją profesora Bralczyka „celebracja” to także „zachowanie nacechowane teatralnością i  przesadną powagą”. Można tak określić sposób istnienia w życiu publicznym niektórych  „celebrytów-kosmitów”, a także licznej rzeszy ich „wyznawców”. Przykładem tego typu  zachowania jest powiedzmy taki Justin Biber i jego fanki. Swoją drogą, co on śpiewa to nie wiem, ale  wiem, że ktoś taki jest i  śpiewa, co już jest wielkim sukcesem speców od propagandy kultury popularnej.

Nie moja rzecz bawić się w amatora językoznawcę, bo nie chcę uchodzić za dyletanta, ale własne zdanie na temat słowa „celebryta” mam i uważam, że w języku polskim przypomina ono insekta, który kaleczy rodzimą mowę  i  fałszuje trochę naszą rzeczywistość językową. Wygląda na to, że jest to kolejna niechlujna kalka z  języka angielskiego, trochę śmieszna i trochę straszna. Dlatego też znęcam się nad tym  słowem z pewną nieśmiałą przyjemnością.

Mam wrażenie, że określenie „celebryta” w  języku polskim stosuje się przede wszystkim zastępczo wobec tzw. „osobowości telewizyjnej” albo osoby „znanej z tego, że jest znana”. Najwyraźniej wypada „rozsławiać” z zadęciem właściwym dla show-biznesu „niedzielnych aktorów” oper mydlanych,  prezenterów programów typu „Randka na strychu”, „Niech mi pani posprząta” albo „Kulinarne klimakterium” czy też pań i panów zwanych uroczo „pogodynkami”. Ale z drugiej strony jakoś tak nie wypada nazywać ich „artystami”, „aktorami”,” itp. Zapomniano też o słowie „spiker”. Na marginesie, najbardziej ze wszystkich wymienionych powyżej „osobowości telewizyjnych” lubię „pogodynki” i  nawet trochę współczuję dzisiejszym następcom pani „Chmurki” i pana „Wicherka”, bo mam wrażenie, że  narzucono im obowiązek przekazywania „nudnego” komunikatu o pogodzie w sposób „atrakcyjny”.  Czekam na moment kiedy pani Pogodynka będzie musiała pokazać widzom swoją bieliznę, a  pan Pogodynka zrobi fikołka przed kamerą bo informacje o deszczu i wzroście temperatury są tak nudne, że  po  prostu widz nie usiedzi. Nie usiedzi, bo jest amebą bez jednej szarej komórki i nie potrafi skupić przez chwilę uwagi na prostym komunikacie. A taki biedny, pojedynczy widz chce po prostu wiedzieć czy  ma wziąć parasolkę jadąc w odwiedziny do rodziny w Mszanie Dolnej. Śmieszą mnie czasem te  wszystkie sposoby „siłowego” uatrakcyjniania treści wizualnych. Ale według guru propagandy telewizji powszechnej widz-ameba powinien mieć informacje podawane w sposób „atrakcyjny”. Czemu ?  Bo  inaczej nie zapamięta ? Doprawdy przesadna mnemotechnika i dbałość o  samopoczucie widza. Przypuszczalnie ma to związek z „oglądalnością” czyli  kolejnym zadziwiającym tworem językowym.  Ale  to  już osobna kwestia.

Wracając do tematu, nawet profesor Bralczyk – jeden z najbardziej przyjaznych „nowym określeniom” autorytetów językoznawstwa w Polsce, wzgardził „celebrytą”- tym słowem-potworkiem, które straszy małe dzieci oraz intryguje pewne niespokojne jednostki. I proszę nie rzucać we mnie pomidorami za ten „ambitny wykład”. Wkrótce władza będzie ściśle definiować kto może być artystą, a kto nie więc ja chcę jej trochę pomóc i zajęłam się niezwykle szeroką definicją słowa „celebryta”.  Może będzie nowela do  ustawy o artystach na temat celebrytów. Kto wie jakie dylematy czekają obecną władzę  – „artysta” to ten z  talentem, a „celebryta” to ten na tle ścianki ? Gorzej jeśli  jakiś dobry aktor stanie na tle ścianki.  Nie jest to bowiem odosobnione zjawisko. W Hollywood to wręcz nagminne. A władza teraz bardzo uważnie patrzy przez Atlantyk.

Piszę bo chce mi się pisać, logiczne… ;-)

„Piszę, bo mi się chce pisać…” parafrazując słowa z dialogu Mistrza polskiej komedii, pomyślałam sobie, że napiszę coś. A co mi tam, rzucę obrazoburczy tekst na pożarcie internautom. Kto wie, może przyjmie się jak roślinka i zaowocuje komentarzami z podobnymi anegdotkami.  Ta mrożąca krew w żyłach historia oparta jest na faktach. Fakty miały miejsce poza granicami naszego kraju.

 

A teraz kawa i … do książek.

Lena

Premia półroczna czyli niebezpieczny urok formularza samooceny

W każdej korporacji (no, prawie każdej) za wytrwałą, ciężką i koniecznie „kreatywną” pracę można otrzymać nagrodę w postaci tzw. premii półrocznej. Nie jest też tajemnicą, że w dużej międzynarodowej firmie w szczególności mającej siedzibę w Polsce, specjaliści z działu zwanego  „Human Resources” (w naszym nowym ojczystym języku angielskim) to„inżynierowie dusz”pracowniczych (parafrazując słowa Jana Englerta). „Human Resources” – nazwa ta, niczym czarodziejska różdżka, przeobraziła poczciwe „Działy Kadr” w dużych, rodzimych firmach z nieskomplikowanych organizacyjne jednostek naliczających płace w centra supernowoczesnej psychologii pracy i programowania NLP. Czym jest bowiem banalne zadanie naliczania płacy. To dobre dla księgowego, który z powodu braku „kreatywnego” stosunku do swojego zajęcia, został zesłany na „galery” naliczania pensji  dla współpracowników. Mało tego, jest pełen obaw, że za kilka lat  zastąpi go neuro robot ze specjalizacją księgowość płac. Natomiast „inżynierowie” zajmują się kreowaniem, motywowaniem… itp. A ich nadrzędnym celem jest wykreowanie takiej premii, która zadowoliłaby właścicieli korporacji, a zwykli pracusie byliby usatysfakcjonowani.  Czyli wilk syty i owca cała. I to w dosłownym sensie – udziałowcy syci, a pracownicy cali czyli bez znacznego uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Tak więc w wielu korporacjach ludzie z Human Resources mający tzw. zacięcie psychologiczne wymyślają, oj nie, kreują formularz, który pracownicy mają za zadanie wypełnić zgodnie z „własnym sumieniem”. Ten ważny dokument ma być pretekstem do zainicjowania  konstruktywnej dyskusji  o zaletach i wadach kandydata do premii z jego bezpośrednim przełożonym. Biurokracja korporacyjna, podobnie jak urzędnicza  perwersyjnie lubuje się w fantazjach o „wszystkim na piśmie”. Przypuszczalnie nie dowierza bowiem samej sobie. Tak więc uzasadnienie do wypłacenia premii także powinno być na piśmie.  Nie jest to pomysł sam w sobie zły, ale jakie komplikacje potrafi zrodzić to już wiedzą tylko wyczerpani kandydaci na namaszczonych i pomysłowi „inżynierowie”.  Na szczęście ani pracownik, ani przełożony nie muszą pieczętować dokumentu własną krwią w celu  uwierzytelnienia umowy. Bezpośredni przełożony kandydata do premii może owemu podwładnemu złożyć tylko jeden rodzaj przysięgi, a brzmi ona zawsze tak samo:  „Zapewniam, że premia będzie, ale w jakiej wysokości to przysięgam nie wiem”. Być może  jest to wyrafinowana psychologiczna gra działu Human Resources wykorzystująca głęboko zakorzenioną w podświadomości zbiorowej  archetypiczną symbolikę mrocznego przedmiotu pożądania. Element tajemnicy, oczekiwania oraz niespodzianki także odgrywa w tym swoistym „pojedynku” niebagatelną rolę. Sprytny informatyk zaweźmie się i wyliczy z procentu kwotę. Ale to byłoby za mało uwodzicielskie. Dział Human Resources zawsze wymyśli, przepraszam wykreuje element zaskakujący, który zmiesza nawet „systemowo” myślącego informatyka, czy też  inżyniera o umyśle ścisłym. Dlatego mało który pracownik zaprząta sobie głowę semantycznymi zawiłościami naliczania tajemniczej gratyfikacji oraz wysokością jej samej. Natomiast w procesie pisemnej samooceny (w dawnych czasach zwanej „samokrytyką obywatelską”) może  pojawić się zupełnie nieoczekiwanie pewien problem, który w jednej chwili zniweczy wyrafinowane techniki działu Human Resources.

W jednym z koncernów o zasięgu światowym polecono pewnemu pracownikowi dokonać samooceny do premii. Dokonał. Opisał siebie w samych superlatywach. Wypełnił formularz bez specjalnego wysiłku – wystawił sobie najlepsze oceny we wszystkich „obszarach”. W szczerości wobec samego siebie i w zgodzie z własnym sumieniem, uznał że zalicza się do najlepszych pracowników  w korporacji.  Logiczne, że skoro człowiek dokonuje samooceny to jest możliwe, że oceni się jak najlepiej czy jest to zgodne z tzw. prawdą obiektywną czy nie za bardzo. Ale dla biurokracji sterowanej maksymalizacją zysku logika ma o tyle uzasadnienie  o ile udziałowcy mają zyski nie umniejszone znacząco przez osiągnięcia dzielnej brygady. W związku z oryginalną samooceną „najlepszego pracownika” nastąpiło w dziale Human Resources  niemałe poruszenie.  No bo jak to ?  Wystawił sobie najlepsze oceny ! Przecież zgodnie z prawidłami pop psychologii powinien ocenić się „skromnie” i otrzymać taką premię, na jaką rzeczywiście zasłużył czyli jak większość osób, nie wygórowaną (zgodnie z odczuciami zarządu i dyrekcji oraz rzeczonego działu). Coś w rodzaju dysonansu poznawczego zaległo w umysłach demiurgów postmodernistycznego, globalnego świata korporacji. Jednak w niedługim czasie znaleziono lekarstwo na dolegliwości pracowników bardzo dobrze się oceniających. Dział Human Resources zaprzestał perwersyjnych praktyk gratyfikacyjnych, a pomysłodawca pechowego formularza samooceny nie otrzymał premii.

Jaki z tego płynie morał ? Korporacje nie powinny zatrudniać zbyt ambitnych psychologów i  socjologów, a może nawet informatyków. Zawsze znajdzie się bowiem pracownik, który wyłamie się z powszechnego nakazu cnoty bycia skromnym, a jego samoocena może stać się tylko kłopotem. Można mu tę ocenę obniżyć, ale  trzeba argumentować, dyskutować a nawet sprzeczać się, a w korporacji nie chodzi o meritum tylko o szybkie załatwienie sprawy. Udziałowcy chcą bowiem mieć jak najszybciej bolesne przeżycia przyznawania premii  za sobą, natomiast kadra kierownicza, zwłaszcza w poruszanym przeze mnie temacie cechuje się raczej indolencją, która wynika z subtelnie rozmytej odpowiedzialności.  A tak między nami, po co komu czyjaś samoocena ? Może najpierw niech oceni kierownik, a podwładny ewentualnie wysunie tak zwane zastrzeżenia albo  złoży zażalenie do Trybunału w Strassburgu. Czy polski sejm i senat „samooceniają” się  średnio co pół roku ? Nie, i bardzo dobrze, cały naród byłby w wielkim kłopocie.